HOME

MY GALERIA PODRÓŻE MERY PRZEMEK

 

 

<< Kreta

Szkocja >>


 

 

03 - 10 września 2006

 

 

Tunezja

 

 

Jeden sus i jesteśmy w Sousse

 

 

Cała ta radość prysła z chorobą morską...

 

 

 

Przyczyna całego zamieszania: Kartagina

 

 

Mozaika z Bardo

 

 

Sidi Bou Said

 

 

Andaluzyjskie piękno

 

 

wyśmienity El Jem

 

 

wioska w oazie Chebika

 

 

 ból głowy w Medinie

 

 

mięsny po tunezyjsku

 

 

apteka po tunezyjsku

 

 

cała jestem w mozaikach

 

 

coś na ząb

 

 

taki zwykły płot z kaktusów

 

 

chroniąc się przed słońcem, piaskiem i brzydkim zapachem

 

 

palma

 

Dobry powód
Na północnym wybrzeżu Morza Śródziemnego, w okolicach Tunisu, znajdują się ruiny starożytnego miasta założonego w IX wieku p.n.e. przez Fenicjan: KARTAGINY!

To właśnie dlatego i tylko dlatego pojechaliśmy do Tunezji...

 

Sousse (czyt. sus)

W tym mieście , a właściwie na jego obrzeżach, znajdował się nasz hotel. Pamiętamy dobrze, mimo bardzo późnej pory przyjazdu na miejsce, pierwsze wrażenie jakie zrobił na nas. Cztero-gwiazdkowy Royal Jinene, jak większość tutejszych hoteli, z zewnątrz był wybielony z łukowatymi oknami, a ażurowe wykończenia ścian nie pozostawiały wątpliwości, że jesteśmy w jednym z arabskich krajów. Na samym dachu znajdował się duży napis w dwóch językach z nazwą hotelu. W środku Royal Jinene wyglądał jak pałac bliskowschodniego władcy: łuki, kolumny, marmurowe posadzki, kafle w bogatych kolorach, piękne meble i tkaniny. Do centrum miasta dojeżdżało się około 5 minut taksówkami. Wszystkie były żółte, kursowały wszędzie, kosztowały niewiele. Trzeba się było tylko przyzwyczaić do tego, że drzwi samochodów nierzadko się nie domykały, a kierowcy może i znali przepisy ruchu drogowego, ale niekoniecznie je przestrzegali, poza tym warto było przed wejściem do taksówki zapytać o cenę i jeśli wydawała się zawyżona to podziękować i poczekać na następną taxi, przyjeżdżała po kilku minutach lub nawet prędzej.

Zwiedzanie

Sousse jest jednym z najważniejszych miast w Tunezji, ważnym ośrodkiem turystycznym i jednym z najstarszych portów nad Morzem Śródziemnym. Nie jest więc dziwne, że tylu tu turystów, choć oni spacerują najczęściej wybrzeżem, bądź robią zakupy w Medinie. Ale dla nas szkoda było czasu na plażę, tym bardziej, że mieliśmy prywatną przy hotelu, z której korzystaliśmy codziennie przed południem. Medina to stare miasto, które często, jak to w Sousse, było otoczone murami, i kryjące w sobie wiele cennych zabytków i śladów historii.

Ogromne wrażenie zrobił na nas Wielki Meczet, pochodzący z VIII wieku. Widać go już z daleka i trudno przejść obok obojętnie. Niestety my "niewierni" mogliśmy wejść tylko na dziedziniec meczetu, ale stąd widać było wnętrze, gdyż wszystkie drzwi były pootwierane. Przed wejściem leżało kilka par butów, a w środku można było dostrzec mężczyzn siedzących na dywanikach i modlących się. Dla tych, którzy przyszli ubrani niegodnie, rozdawano duże chusty, a właściwie pledy, którymi należało zakryć ramiona.

Tuż obok Wielkiego Meczetu znajduje się forteca-klasztor, czyli Ribat, z którego rozciąga się wspaniały widok na całe miasto. Naprawdę warto wejść na górę, mimo krętych, śliskich schodków, braku barierek na szczycie i opłaty za wstęp (3 dinary + 1 dinar pozwolenie na robienie zdjęć).  W Tunezji wszędzie trzeba zapłacić za możliwość robienia zdjęć, ale są to niewielkie opłaty (1 dinar tunezyjski to około pół funta). Nie należy się też zrażać jeśli coś kosztuje 1.500 TD, bo nie jest to zawrotna suma tysiąca pięciuset dinarów, ale jedynie jeden dinar i 500 minimów.

Nasze zakupy w medinie

Całe stare miasto to wąskie, kręte uliczki z białymi domami, ciasno rozmieszczonymi i zdecydowanie dawno nie remontowanymi. Wszystkie mają balkony a na nich porozwieszane kolorowe dywany, pledy i chodniki. Wszystko to brzmi pięknie, orientalnie i zachęcająco. Problem był tylko taki, że znaczny obszar mediny zajmowało targowisko, a właściwie kupcy handlujący wyrobami skórzanymi, tkaniami, ubraniami, sziszami, dywanami i przeróżnymi innymi jeszcze pamiątkami. Tak bardzo zachwalane przez wszystkie przewodniki było dla nas miejscem nie do przejścia. Mery dostawała bólu głowy  i mdłości a Przemek się denerwował jak tylko wchodziliśmy w pierwszy labirynt uliczek ze straganami. Powód to tłok, smród, natręctwo kupców, słaby wybór i niska jakość towarów. Ale innych turystów to widać nie zrażało: pełno tam było uradowanych Anglików, targujących się Włochów, niosących torby pełne zakupów Francuzów i Polaków ucieszonych, że tutejsi potrafią handlować nawet po polsku. Rzesze turystów ciągnęło więc do miejsca, z którego my chcieliśmy się jak najszybciej wydostać, ale jak się okazało nie było to takie łatwe. Zapętliliśmy się w tych uliczkach do tego stopnia, że Mery pomyślała przez chwilę, iż przyjdzie nam tam spędzić resztę naszych wakacji...

 

Port el Kantaoui

Około 10 minut jazdy taksówką (znowu taką z nie domykającymi się drzwiami i kierowcą pędziwiatrem) od naszego hotelu znajdowała się urocza miejscowość Port el Kantaoui. To nowoczesne, typowo turystyczne miasto. Bardzo przyjemnie spędziliśmy tam popołudnie spacerując wzdłuż przystani żeglarskiej, podziwiając piękna architekturę i odpoczywając w jednej z tutejszych knajpek z widokiem na przystań. Co krok napotykaliśmy się na kogoś kto sprzedawał jaśminowe bukieciki, bowiem mówi się, że Tunezja to kraj jaśminem pachnący. I byłoby tak sielsko do końca gdyby nie fakt, że daliśmy się namówić na wycieczkę jakąś trudną do opisania łodzią o nazwie "submarin", z której można było zobaczyć dno morza i pływające w nim żyjątka. Wypłynęliśmy z portu na otwartą przestrzeń, przyjemnie grzało słońce, łódka lekko dryfowała. Problem pojawił się gdy zatrzymaliśmy się a kapitan zachęcił wszystkich do zejścia "pod pokład" w kształcie szklanej kuli i podziwiania morskich stworzeń. Zeszliśmy wszyscy zaciekawieni, ale po 5 minutach mieliśmy dość: w środku było duszno, parno, nigdy wcześniej w życiu nie widzieliśmy, żeby ktoś się tak pocił jak pewien pasażer obok, dzieci zaczęły płakać i błagać o litość, a nam zrobiło się niedobrze. Rybki i meduzy podpłynęły w ilości nie zachęcającej wtedy, gdy pan kapitan posypał jakąś karmą. Nic specjalnego, wrażenia ulotne. Ale za to choroba morska została nam do późnych godzin nocnych.

 

Kartagina

Przemek zamarzył sobie zobaczenie jednego z najwspanialszych ośrodków starożytnego świata, miasta wojowniczego Hannibala, stolicę fenickiego świata. W tym celu wybraliśmy się w podróż na afrykański kontynent. Kartagina, niegdyś centrum światowego handlu i niewyobrażalnie bogate miasto, jest również dziś bardzo luksusowa dzielnicą stolicy Tunezji, gdzie swoją siedzibę ma m.in. pałac prezydencki (uwaga: nie wolno go fotografować - takie prawo). Jest jednak przede wszystkim miejscem przyciągającym tłumy turystów z całego świata. Trzeba więc przed wejściem na teren ruin odstać swoje w kolejce a potem już tylko zwiedzać, oglądać, dotykać, utrwalać na zdjęciu. Na całe szczęście nasz przewodnik, który wcześniej zanudził nas na śmierć opisując długą historię Kartaginy w trzech językach, pozostawił nam swobodę w zwiedzaniu  ruin miasta. Przeszliśmy przez ogród, pośród palm oglądając pozostałości po willach i sklepach, niewielką kaplicę z mozaiką podłogową, mogliśmy stąpać drogą zbudowaną przez Rzymian i ciągle jeszcze świetnie zachowaną. Szczerze powiedziawszy pojawiała się wówczas obawa, że to już tyle, że te parę kamieni liczących sobie kilka tysięcy lat i tyleż samo tajemnic, te dosłownie "ruiny" to tyle co pozostało za wspaniałego państwa-miasta i nic więcej spektakularnego nie można oczekiwać. Ale wtedy właśnie doszliśmy nad zatokę i z małego wzniesienia zobaczyliśmy Termy Cesarza Antoniusza. Wow! - krzyknął jakiś Anglik z naszej grupy, a my w duszy pomyśleliśmy dokładnie to samo. Mogliśmy sobie wyobrazić teraz jak potężna to była kiedyś budowla, widząc chociażby samotnie stojąca kilkunastometrową kolumnę. Przyjemnie było tak posiedzieć na jakimś kamieniu i wyobrażać sobie wspaniałe czasy Kartaginy. Łaźnie były zaopatrywane w wodę potężnymi akweduktami. Każdy przychodzący tutaj Kartagińczyk zostawiał kosztowności w depozycie, następnie przechodził do szatni. A potem po kolei do basenu z gorącą wodą, do basenu z zimną wodą, do suchej łaźni, na masaż, niektórzy spotykali się tu żeby ćwiczyć, inni żeby porozmawiać bądź zrelaksować się. Do tego cały budynek był pięknie ozdobiony mozaikami i malowidłami, gdzieniegdzie stała rzeźba. My zapatrzeni na cuda starożytnego świata też poczuliśmy się wypoczęci.
 

Tunis, Muzeum Bardo
W Tunisie nie było natomiast nic ciekawego, choć nasz przewodnik zachwalał stare miasto, my nawet nie chcieliśmy tam iść zrażeni dotychczasowymi doświadczeniami i czekaliśmy sobie na resztę grupy pochłoniętej szałem zakupów w Medinie. Natomiast wizyta w Muzeum Bardo to był kolejny bardzo miły akcent tej podróży. W kilkupiętrowym pałacu, w którym mieści się muzeum zostało zebranych około tysiąca rzymskich mozaik - naprawdę pięknych. Trudno było nam oderwać  wzrok, a zwłaszcza Mery, od tych dzieł sztuki.

 

Sidi Bou Said

Nie było osoby na naszej wycieczce, która nie zachwyciłaby się tym miejscem. No bo jak tu nie powzdychać ach! i och! na widok małego miasteczka z krętymi uliczkami, gdzie co krok stoi stragan z mozaikami, jaśminowymi bukietami, biżuterią, klatkami dla ptaków jak z baśni 1001 nocy. Jak tu się nie zachwycić białymi domami z niebieskimi okiennicami i ciężkimi, kutymi w żelazie drzwiami, mnóstwem kolorowych kwiatów w oknach i na balkonach. Jak nie zakochać się w pięknym widoku na port i zatokę, złotym piasku, w urokliwych kafejkach. W  Sidi Bou Said panuje niewątpliwie idylliczny klimat i jest to miejsce o którym długo się pamięta, które robi duże wrażenie, aż człowiek się czasami zastanawia czy to miejsce naprawdę istnieje...

 

Sahara Explorer

To była wycieczka fakultatywna, którą wykupiliśmy sobie w naszym biurze podróży. W ciągu dwóch dni zjeździliśmy około 60% powierzchni kraju, spędzając w autokarze po kilkanaście godzin dziennie, zobaczyliśmy najciekawsze miejsca w Tunezji, jeździliśmy na wielbłądach, spaliśmy na pustyni w 4-ro gwiazdkowym hotelu, pojechaliśmy jeepami w góry podziwiać wschód słońca... ach, co za wspomnienia.

 

Dzień pierwszy

Mery spakowała bagaż dzień wcześniej - wszystko według wskazówek osoby z biura podróży: długie spodnie, coś ciepłego na wieczór, wygodne buty, nakrycia głowy. Ale nie wszyscy Anglicy z naszej wycieczki przeczytali te wytyczne i kilka dziewcząt dosiadało później wielbłądy w klapeczkach i króciuteńkich spodenkach! Wyjechaliśmy z hotelu wcześnie rano. Jechaliśmy główną droga na południe kraju aż do El Djem (czyt. el dżem), gdzie znajduje się Koloseum, jedno z najlepiej zachowanych a wielkością ustępujące tylko Koloseum w Rzymie i w Kapui. Świetnie zachowały się pomieszczenia dla gladiatorów i zwierząt, które można zobaczyć schodząc pod arenę. Naprawdę miejsce zapierające dech w piersi, jedno z najpiękniejszych jakie zobaczyliśmy w Tunezji i tylko szkoda, że nie mogliśmy zostać tu dłużej. Przewodnik wyznaczył czas na zwiedzenie: 1 godzinę, więc my biegaliśmy po schodach, schodziliśmy do podziemi, zaglądaliśmy do różnych zakamarków, znowu wychodziliśmy na górę, próbowaliśmy sobie wyobrazić ekipę kręcącą tu film "Gladiator" kilka lat wcześniej.

Z El Djem jechaliśmy cały czas na południe, główną drogą w stronę Gabes. Krajobraz za oknem był raczej mało zróżnicowany: drzewa oliwne, piasek, kępy trawy. Ożywiliśmy się na chwilę, gdy tuż przy drodze, przed małymi budynkami w rodzaju baraków, pod zadaszeniem zobaczyliśmy wiszące tusze wołowe i baraninę. Po prostu mięsne sklepy przydrożne!!! A tuż za nimi widzimy przydrożne stacje benzynowe, czyli małe dzieci siedzące przy drodze, w 40-sto stopniowym upale z kanistrami z benzyną poukładanymi w stos!!! Jeszcze wiele razy mieliśmy się przekonać jak bardzo północna turystyczna część Tunezji różni się od reszty kraju.

W porze obiadowej byliśmy już w małej miejscowości Matmata. Położona w niewysokich ale surowych górach tworzących księżycowy krajobraz, Matmata przyciąga wielu turystów pragnących zobaczyć plemiona Berberów mieszkających po dziś dzień w domach wydrążonych w skałach. Życie dzisiejszych troglodytów wygląda zupełnie inaczej niż kiedyś, niewielu żyje już z uprawy ziemi, większość z nich otrzymuje bowiem pomoc od państwa, które pomaga nawet w "budowie" domów. Wiele gospodarstw, jak to pani Fatimy, które my zwiedziliśmy, jest otwartych dla turystów cały dzień, gospodyni zachęca do zwiedzania wszystkich zakamarków, częstuje herbatą miętową, pokazuje jak działają niektóre sprzęty w domu, serdecznie dziękuje za datki zostawiane przez turystów, potem szybko biegnie do kuchni umyć szklanki i nastawia wodę na herbatę dla kolejnej grupy. Kolejnym przystankiem naszej przygody było miasteczko Douz (czyt. duz) zwane "Bramą Sahary". Nazwa jest jak najbardziej słuszna, gdyż jadąc od Douz na południe ma się wrażenie, że wjeżdża się w bezkresną pustynię, na horyzoncie tylko wydmy, a wzdłuż drogi żywopłot z kaktusów. Poza tym jest tu najlepsza okazja, żeby pojeździć na wielbłądzie. Taka atrakcja to dodatkowy (niewielki) koszt, ale frajda za to nie do opisania.

Najpierw dostaliśmy beduińskie stroje: wielką tunikę w pasy i chustę na głowę, przydała się też pomoc poganiaczy wielbłądów, którzy pokazywali jak zakłada się te wszystkie szmaty na siebie. My opatuliliśmy całe twarze z dwóch przyczyn: była to świetna ochrona przed słońcem ale też doskonałe zabezpieczenia przed smrodem wielbłądzim. Przejażdżka trwała trochę ponad godzinę (kto się bał mógł jechać bryczką), było kilka przystanków, kupiliśmy "różę pustyni" (minerał przypominający kształtem kwiat), którą jakiś Beduin znalazł wcześniej w piasku, zrobiliśmy kilka zdjęć i zrobiono nam kilka, które potem mogliśmy kupić (wszędzie biznes). Zanim jeszcze pojechaliśmy na nocleg czekała nas kolejna atrakcja: zachód słońca nad słonym jeziorem Chott El Jerid (Wielki Szot).

Jezioro jest pokryte grubą warstwą soli, mieni się różnymi kolorami od różu po fiolet, i podobno łatwo tu o optyczne złudzenia, zwłaszcza w słoneczny dzień. Jezioro przecina droga a jazda nią pozwala napatrzeć się do woli na ten cud natury. Nieziemsko zmęczeni, spoceni i brudni po całodniowym zwiedzaniu w upale, śmierdzący ciągle wielbłądami udaliśmy się do hotelu: 4-ro gwiazdkowego Golden Yasmin, z basenem, ze ślicznie urządzonymi pokojami, klimatyzacją i kelnerami, którzy na przywitanie częstowali nas zimnymi napojami...

 

Dzień drugi

Śniadanie było o piątej rano a zaraz po nim zapakowano nas do jeepów i wywieziono w góry Atlas (tuż przy granicy z Algierią) do oazy Tamerza na wschód słońca. Byliśmy tam wcześnie, ale sprzedawcy wszystkiego-co-się-sprzeda już mieli porozstawiane swoje stoiska. Wszędzie napoje, kolorowe dywany z geometrycznymi wzorami, węże w słoikach i napisy po polsku: "najwięcej witaminy maja polskie dziewczyny i moja herbata miętowa", "punkt skupu dziewczyn Poland". Nie daliśmy się namówić. Schodząc w dół niewielkiego kanionu znajdowało się małe jeziorko i malowniczy wodospad, a nasz przewodnik jako ciekawostkę podał, że w tym jeziorku zamieszkiwanym przez żaby i inne tego rodzaju płazy, bardzo często kąpią się... Polacy. Ot, taka ciekawostka dla rozbawienia grupy, która bynajmniej nie rozbawiła Przemka. Z oazy Tamerza wywieźli nas do oazy Chebika, zdecydowanie piękniejszej, położonej w głębokim wąwozie, otoczonej gajem palmowym. Warto wyjść na jeden ze szczytów (łatwe podejście, około 20 minut) i podziwiać oazę z góry. Następnie w ramach atrakcji bardziej niż zwiedzania czegoś zapierającego dech w piersi pojechaliśmy do Tozeur a tam konnymi bryczkami pośród naprawdę ubogich uliczek miasteczka, na plantację fig i daktyli. Był to taki olbrzymi ogród z palmami gdzie dla potrzeb zagranicznych gości jeden z miejscowych wspinał się na drzewo i zrywał daktyle. Oczywiście trzeba było zostawić drobny napiwek (1 dinar wystarczył). My daktylami co prawda nie przepadamy ale pięknie podziękowaliśmy i pieniądze zostawiliśmy. Tak po prostu trzeba. Z Tozeur czekała nas długa droga na północ, dłuższy postój mieliśmy dopiero w Kairouan. To obok Mekki, Medyny i Jerozolimy święte miasto islamu i miejsce pielgrzymek muzułmanów. Wybudowano tu pierwszy w Afryce meczet; niestety tego dnia był piątek - dzień modlitw, więc nawet nie mogliśmy zajrzeć przez otwarte drzwi do środka (jako niewierni i tak nie moglibyśmy wejść do środka). Za to z dachu pobliskiego sklepu mogliśmy przyjrzeć się dziedzińcowi Wielkiego Meczetu i wysłuchać nawoływania do modlitwy. Kairouan kojarzy się nam też z wieloma sklepami z pamiątkami, które zachwalał nam nasz przewodnik przez całą drogę, zachęcając wszystkich do powstrzymania się przez zakupami aż do Kairouan. My szczerze powiedziawszy się tu wynudziliśmy i naprawdę nie wiemy jakim cudem inni ludzie z naszej wycieczki wychodzili za sklepów obładowani siatkami. Posiadaliśmy już wystarczającą ilość wrażeń, zdjęć, pamiątek i przejechanych kilometrów, dlatego nadszedł czas powrotu do hotelu.  

 

<< Kreta


Szkocja >>
 

Home | My | Galeria | Podróże | Mery | Przemek | Kontakt                       

Mery i Przemek Gardynik © 2005