HOME

MY GALERIA PODRÓŻE MERY PRZEMEK

 

                

Szkocja menu główne >>


DZIEŃ I             DZIEŃ II              DZIEŃ III              DZIEŃ IV              DZIEŃ V              DZIEŃ VI             DZIEŃ VII


 

 

 

 

 


trasa - dzień piąty

 

 

 

 

 

 

 

 

być dobrze poinformowanym to połowa sukcesu

 

 

 

 

 

 

 

 

kamienista trasa na Ben Nevis

 

 

 

 

 

 

 

 

pięknie i błogo w okolicach Fort William

 

 

 

 

 

 

 

 

"złośliwa góra"

niedziela 13 maja 2007

Ben Nevis w języku celtyckim oznacza dosłownie "złośliwa góra", potocznie zwany the Ben. Jest to najwyższy szczyt w Wielkiej Brytanii 1344m.n.p.m. Rocznie górę zdobywa ponad 100 tys. ludzi.

To jest dzień wielkiej wspinaczki na najwyższy szczyt w Wielkiej Brytanii. Jesteśmy bardzo podekscytowani tą wyprawą. Wyposażyliśmy się w górskie buty, mapę, prowiant na cały dzień, odpowiednie kurtki, kupiliśmy nawet specjalnie termos, ale Mery zapomniała go zabrać do Szkocji. Jemy obfite śniadanie, Mery decyduje się nawet na full english breakfast, żeby miała siłę i energię do podróży. Pani z naszego b&b wydrukowała dla nas prognozę pogody z Internetu na dzisiaj i dodaje, że mamy szansę ominąć gęste chmury na szczycie. Brzmi to obiecująco, mimo, że gdzieś znaleźliśmy informację, że szczyt tej góry jest zakryty chmurami 9 dni na 10. Pani opowiada nam tez ciekawostki dotyczące Ben Nevis. Otóż najwyższy szczyt Wielkiej Brytanii został sprzedany w 2000 roku organizacji zajmującej się ochroną środowiska naturalnego John Muir Trust (poprzednim właścicielem była Fair Fax Lucey Family). Po śniadaniu pakujemy prowiant, coś do picia, ciepłe polary, mapę i wyruszamy. Z naszego b&b do Glen Nevis Visitor Center jest bardzo blisko, kilka minut samochodem. Tutaj zaczyna się najbardziej popularny i najłatwiejszy szlak, tzw. Pony Track. Szczyt jest bardzo oblegany przez turystów, stąd w Visitor Center można dostać bardzo dużo informacji o tej trasie, o samym Ben Nevis, zakupić mapy i potrzebny sprzęt. Dziś, w niedzielę, centrum jest zamknięte, więc czytamy sobie informacje znajdujące się na tablicy przy szlaku. Trochę nas zastanawiają te wszystkie przestrogi o licznych wypadkach na Ben Nevis i o tylu ofiarach śmiertelnych.  Jest 8:50 wyruszamy. Wiemy też, że trasa tam i z powrotem powinna nam zająć 6 do 8 godzin. Nie pada, chociaż szczyt zasłaniają nisko leżące chmury. Wyruszając z parkingu przy Glen Nevis Visitor Centre musimy przejść przez mostek a potem pomiędzy dwoma pastwiskami, przechodzi się nawet przez płot. Dopiero potem zaczyna się kamienisty szlak. idziemy skrajem góry, po prawej mając piękne widoki na dolinę a po prawej: góry i chmury. Ten odcinek trasy jest bardzo przyjemny, choć bardzo szybko staje się dosyć stromy, a Visitor Centre widać jak małe pudełko od zapałek. Robi się nam gorąco więc zdejmujemy bluzy spod kurtek. Godzinę później (mniej więcej na wysokości jeziorka Meall an t-Suidhe) wychodzimy już na taką wysokość, że ciepłe polary musimy założyć koniecznie. Idziemy w mgle (chmurze?), mży, ogólnie widoczność jest bardzo słaba. Przechodzimy przez rwący strumień, spadający potem pionowo w dół. Co za przeżycie. W tym miejscu zaczyna się zygzakowata trasa wyznaczona jedynie kamieniami, bardzo słabo zresztą wyróżniających się z ubogiego kamiennego też krajobrazu. Czasami zastanawiamy się, czy przypadkiem nie zgubiliśmy drogi, wokoło tylko kamienie. Dobrze, że tu tylu turystów, bo oni mogą robić nam za drogowskazy. Pogoda zmienia się co około pół godziny, pada, świeci słońce, pada śnieg z deszczem i tak w kółko. W pewnym momencie na dosłownie 3 minuty chmury rozpraszają się i ukazuje się nam przepiękny widok na całą dolinę Glen Nevis w blasku słońca. Od innych turystów, już schodzących ze szczytu dowiadujemy się, że na górze jest bardzo dużo śniegu. I rzeczywiście ostatnie 45 minut idziemy po śladach zostawionych na białym puchu (inaczej nigdy nie znaleźlibyśmy szlaku). Idzie się bardzo trudno, śnieg jest śliski, nogi zapadają się po kostki. Ostatni odcinek idziemy w gęstej mgle i tak naprawdę szczyt zauważamy jakieś 200 metrów wcześniej. Jest 12:30. Szliśmy 4 godziny. Mamy dobry czas, choć musieliśmy czasami odpocząć, bo brakowało kondycji (Mery oczywiście). Zadowoleni jak dzieci dochodzimy do szczytu. 1344m.n.p.m. Niewiele w porównaniu z naszymi Tatrami, ale tu wychodzi się praktycznie od poziomu morza. Na samej górze stoi usypany z kamieni kopiec. Wychodzimy na niego i robimy zdjęcia (wiele tygodni później dowiadujemy się, że to jest pomnik dla tych co zginęli na Ben Nevis!). Obok ruin obserwatorium, przykucamy za jednym z murków, żeby ochronić się przed zimnym, przeszywającym wiatrem, deszczem i śniegiem. Na szczycie jest kilkanaście osób, ciągle dochodzą nowe. Jemy kanapki, jakieś czekoladki, żeby nabrać na nowo energii. Tuż przed naszym zejściem przejaśnia się trochę i możemy zobaczyć dlaczego ta góra jest taka niebezpieczna. Kilkadziesiąt metrów od szczytu po prawej i po lewej stronie znajdują się klify, przepaści, których nie widzieliśmy wcześniej, bo zasłaniały je gęste chmury. Wystarczyło się oddalić trochę, żeby zrobić ładne zdjęcie... Poza tym szlak jest naprawdę słabo oznakowany, wyznaczają go kamienie, ale niewiele różniące się od innych, nie należących do szlaku. Wracamy. Schodzi się dosyć szybko, właściwie same nogi biegną, trzeba tylko uważać na niestabilne kamienie, żeby nie zwichnąć sobie nogi w kostce. Pogoda jest lepsza niż rano, przejaśnia się na dłużej. Jest 15 gdy jesteśmy na dole, bardzo dumni spoglądamy na górę ciągle przykrytą chmurami.

W b&b pani właścicielka gratuluje zdobycia szczytu w tak szybkim czasie. Czujemy się wyśmienicie, jesteśmy pełni energii i dlatego decydujemy się na zwiedzenie okolicy. Pani doradza kilka miejsc. Bierzemy szybko prysznic, coś tam jemy i znowu siadamy do samochodu. Popołudnie jest ciepłe i słoneczne i aż trudno nam uwierzyć, ze jeszcze kilka godzin temu przedzieraliśmy się przez zaśnieżoną trasę górską. Jedziemy A830 wzdłuż Loch Eil do Glenfinnan. Po drodze zatrzymujemy się przy przepięknie położonym kościółku (niestety zamkniętym). Miejsce to jest tak urocze, że spędzamy tu kilkadziesiąt minut siedząc na ławeczce i  wpatrując się to w jezioro, to w góry, to w budynek... Do Glenfinnan jedziemy zobaczyć m.in. wiadukt, który zagrał w dwóch częściach filmu o Harry'm  Potter'ze. W tym miejscu znajduje się też pomnik- wieża poświęcony walczącym w powstaniu Jakobitów Szkotom (Glenfinnan Monument). Na koniec dnia jedziemy jeszcze zobaczyć Schody Neptuna. Jest to kaskada śluz kończąca Caledonian Canal. Nie bardzo umiemy sobie wyobrazić jak to działa. Już zupełnie w drodze powrotnej zatrzymujemy się na 10 minut w Inverlochy Castle. To ruiny zamku z XIII wieku dobrze zachowane. Wracamy do b&b. Dzień był pełen wrażeń i zdecydowanie uznać musimy go za bardzo udany.

 


DZIEŃ I             DZIEŃ II              DZIEŃ III              DZIEŃ IV              DZIEŃ V              DZIEŃ VI             DZIEŃ VII

 

 

Home | My | Galeria | Podróże | Mery | Przemek | Kontakt                        Mery i Przemek Gardynik © 2005