HOME

MY GALERIA PODRÓŻE MERY PRZEMEK

 

                   

Szkocja menu główne >>


DZIEŃ I             DZIEŃ II              DZIEŃ III              DZIEŃ IV              DZIEŃ V              DZIEŃ VI             DZIEŃ VII


 

 

 

 

trasa - dzień trzeci

 

 

 

 

trzeba zaufać drogowskazom

 

 

 

 

niecodzienne dojście do Castle Sinclair Girnigoe

 

 

 

 

klify w Duncasby Head

 

 

 

 

dla podróżujących z pilną potrzebą zadzwonienia do kogoś

piątek 11 maja 2007

Po raz kolejny wstajemy później niż to planowaliśmy. Dzisiaj szczególnie nie jest to dobry początek dnia, bo chcemy przejechać całą północną część Szkocji i dojechać na wieczór z powrotem do Inverness a w najgorszym przypadku do Ullapool. Ponieważ jednak jesteśmy na wakacjach, nie mamy zamiaru się tym za bardzo stresować. Jemy śniadanie i wyjeżdżamy o 9:30. Pada deszcz. A9 to główna droga prowadząca na północ, jest dobrze utrzymana, nie ma na niej dużego ruchu, jedzie się szybko, cały czas wzdłuż wybrzeża. Nie pada. Pada. Nie pada. Jesteśmy przecież w Szkocji, nie ma się co dziwić. Często zatrzymujemy się na trasie, żeby robić zdjęcia, bo widoki są naprawdę niecodzienne. Dojeżdżając do Wick decydujemy się na zobaczenie ruin Old Wick Castle, o którym czytamy w przewodniku po zabytkach Historic Scotland. Z jednego z najstarszych zamków szkockich zostało do dzisiaj niewiele, tylko ściana jednej z wież i kilka kamieni z fundamentu. Zamek wzniesiony został na wysokim klifie, musimy oczywiście zostawić samochód przy końcu jakiejś polnej ścieżki i maszerować około 1 kilometra łąką. Miejsce wygląda na opuszczone i tylko znak ostrzegawczy, że tuż obok jest strzelnica wojskowa świadczy o tym, że od czasu do czasu ktoś tu przyjeżdża. Nasz następny przystanek mieści się od północnej strony miasteczka Wick: Castle Sinclair Girnigoe. Jedziemy najpierw długą dróżką (droga to byłoby za duże słowo), parkujemy gdzieś na poboczu, potem musimy otworzyć metalową bramę, dzielącą pola dwóch farmerów, maszerujemy łąką i dopiero dochodzimy nad brzeg morza i do ruin. Może to zmęczenie, może rusztowania wokół zamku, który jest właśnie w renowacji, może brak szumu fal rozbijających się o klify powoduje, że jakoś to miejsce nam się nie podoba tak bardzo jak pozostałe. Ruszamy więc dalej, teraz już prosto na najbardziej wysunięty na północ przylądek Wielkiej Brytanii. Znaki kierują nas do John O'Groats (wiele przewodników zresztą też, no i zdecydowana większość nieświadomych jak się okazuje Anglików), ale my już wiemy, że to miasteczko to tylko turystyczna pułapka  a prawdziwy punkt najbardziej wysunięty na północ to leżący niedaleko Dunnet Head.  Dajemy się skusić jeszcze klifom i skręcamy do Duncasby Head (kilka mil na wschód od John O'Groats), ale i to miejsce okazuje się mocno przereklamowane w książkach o Szkocji. Szybko zawracamy (jest już 14:30) i jedziemy prosto do Dunnet Head.  Jest to półwysep, który widać z daleka, charakterystyczny ciemnobrązowy kolor ziemi, brak jakichkolwiek drzew i krzaków, i kręta jednopasmowa droga, odróżniają to miejsce od wszystkich innych w Szkocji. Na miejscu stoi marmurowy słup z prawdziwą informacją, nie mamy żadnych wątpliwości, że jest to "the most northerly point of mainland Britain". Zastanawiamy się dlaczego wszyscy ciągną do John O'Groats a nie tutaj, ale odpowiedź wydaje się oczywista, tam są hotele, puby, muzeum, restauracje, a tu jest cicho i spokojnie, tylko kilkoro turystów, ogromne przestrzenie i piękne klify, latarnia i widok na wyspy Orkady. Naprawdę piękne miejsce.

Kilka mil za Thurso zatrzymujemy się w jedynej restauracji jaką napotykamy po drodze, żeby coś zjeść. Jesteśmy już bardzo głodni i zmęczeni. Tutejsi ludzie są bardzo sympatyczni, żyją bez pośpiechu, są uśmiechnięci i życzliwi. Jedziemy dalej drogą A836, która od tej pory jest w większości wąską jednopasmową drogą dla dwóch kierunków, z licznymi zjazdami umożliwiającymi mijanie ewentualnie jadącego z naprzeciwka samochodu, co zdarza się niezwykle rzadko. Jedziemy na zachód, cały czas wzdłuż wybrzeża, jezior, pomiędzy pasmami gór, jakiekolwiek budynki to tutaj rzadkość, krajobraz tworzą raczej zwierzęta: kudłate bydło i owce, i tylko się zastanawiamy gdzie są ich hodowcy (choć podobno krowy są dzikie). Dochodzi 21-sza kiedy dojeżdżamy do Ullapool, malowniczo położonego miasteczka nad Loch Broom. Chociaż na mapie wygląda na duże miasto (rzeczywiście w tej okolicy to największe skupisko ludzi) to okazuje się to niewielką mieściną. Wjeżdżamy do "centrum" i zaraz znajdujemy tabliczkę, że wolne pokoje za Ł18.50. Pani nalega, żebyśmy zobaczyli pokój zanim się zdecydujemy. Pokój jest duży, bardzo ładnie urządzony, czysty, oprócz nas nie ma w tym b&b dziś nikogo. Zostajemy oczywiście.

 

 


DZIEŃ I             DZIEŃ II              DZIEŃ III              DZIEŃ IV              DZIEŃ V              DZIEŃ VI             DZIEŃ VII

 

 

Home | My | Galeria | Podróże | Mery | Przemek | Kontakt                        Mery i Przemek Gardynik © 2005