HOME

MY GALERIA PODRÓŻE MERY PRZEMEK

 

                   

Szkocja menu główne >>


DZIEŃ I             DZIEŃ II              DZIEŃ III              DZIEŃ IV              DZIEŃ V              DZIEŃ VI             DZIEŃ VII


 

 

 

 

 

 

 

trasa - dzień pierwszy

 

 

 

 

 

 

 

 

 

początek naszej podróży

 

 

 

 

 

 

 

do zamku Tantallon dochodzi się łąką

 

 

 

 

 

 

 

 

One O'Clock Gun

 

 

 

 

 

 

 

 

Widok na Edinburgh Castle z Arthur's Seat

 

 

środa 9 maja 2007

Wylatujemy z Heathrow o 6:50. Lecimy liniami BMI bo tak jest najwygodniej i najtaniej, praktycznie spod domu (to jedna z niewielu zalet mieszkania blisko lotniska) do samego Edynburga za jedyne £120 w obie strony za dwie osoby. Na lotnisku macha nam na pożegnanie Ewa, deszcz nie pada, wszystko mamy zaplanowane i dopięte na ostatni guzik, humor więc dopisuje. Zapowiada się na prawdę wspaniały dzień. Miny rzedną nam w Edynburgu, gdy po półgodzinnym staniu w kolejce, żeby odebrać kluczyki do zarezerwowanego przez Internet i zapłaconego już samochodu z wypożyczalni Hertz, dowiadujemy się, że nic z tego nie będzie. Przemek nie zabrał swojej karty kredytowej, a kierowca powinien ją okazać przy wypożyczeniu. Nasz szczegółowy plan wyjazdu jest zrujnowany. Pani nam oczywiście współczuje, ale nie może nam dać samochodu. Kiedy już wszyscy rozłożyli ręce, a my z bezsilności rozłożyliśmy się z naszymi bagażami na podłodze, pojawia się nowy pomysł: a co jeśli Mery będzie pierwszym kierowcą, a Przemek tylko takim na zastępstwo? Tak! Tak można. I po co tyle krzyku, trzeba było tak od razu mówić... Godzina i 30 minut, to czas jaki spędzamy na lotnisku próbując się z niego wydostać jakimkolwiek samochodem. W międzyczasie piękna pogoda przekształca się w typową dla tych rejonów ulewę. Wsiadamy wreszcie do naszego (na tydzień) samochodu. Będzie dobrze, Mery oczywiście nie siada za kierownicą, bo nie umie jeździć. Życzymy sobie szerokiej drogi!

Wycieczka jest zaplanowana co do minuty i co do mili. Tracimy sporo czasu na lotnisku, ale to nas nie zniechęca. Tym bardziej, że kiedy tylko zjeżdżamy z obwodnicy Edynburga, wychodzi słońce. Zatrzymujemy się na szybką kanapkę i coś do picia. Widoki już nam się podobają mimo, że to naprawdę nic takiego, tylko tak jakoś bardziej zielono wokół. Jedziemy najpierw do Tantallon Castle, w okolicach North Berwick, 6 mil na zachód od stolicy Szkocji. Kiedy planowaliśmy naszą podróż korzystaliśmy z informacji na stronie pewnego młodego człowieka, który twierdził, że Tantallon Castle to najładniejszy zamek w Szkocji. O zamku nie można tu co prawda mówić, bo to dziś tylko ruiny, ale jest tam niewątpliwie pięknie. Zostawiamy samochód na parkingu i kierujemy się do małej budki, żeby kupić bilet. Pusto tu, żadnych turystów, jakieś dwa inne samochody, a wokół zielone łąki i szumiące morze. Okazuje się, że możemy wykupić tu roczne członkostwo w Historic Scotland, które daje nam wolny wstęp do wszystkich zabytków, jakie do niego należą. Jest to bardzo korzystne, i  zwróci się nam szybko w ciągu kilku dni (za 2 osoby zapłaciliśmy £65). Więcej informacji na www.historic-scotland.gov.uk. Do samych ruin Tantallon Castle, które wznoszą się na klifach, dochodzi się łąką, nie ma tu żadnej wytyczonej ścieżki, po prostu idzie się przed siebie. Kamień, z którego zbudowano zamek ma lekko czerwoną barwę, do tego soczysta zieleń trawy i naprawdę błękitne morze. Chcielibyśmy tu zostać dłużej, posiedzieć trochę i powdychać czyste powietrze, ale czas mija. Dwadzieścia minut stąd jest zresztą inny zamek: Dirleton Castle, również należący do Historic Scotland. Ten zabytek nie jest dobrze oznakowany a sam zamek schowany jest pomiędzy drzewami, więc błądzimy trochę zanim dojeżdżamy na miejsce. Zamek został zbudowany w 1225 roku i, jak większość budowli obronnych na tych terenach, przechodził z rąk do rąk pomiędzy Szkotami i Anglikami. Wokół ruin znajdują się dziś piękne ogrody, i pomimo, że tu tak ładnie, sielsko i tajemniczo, nie ma tu dzisiaj nikogo innego poza nami, mamy więc frajdę zaglądając do każdego zakamarka, wychodząc na każde schody i wychylając się przez każde okno w całkowicie pustym zamku. Jest druga po południu, więc postanawiamy jechać do Edynburga, żeby zdążyć zwiedzić zamek zanim nam go zamkną przed nosem.

Jesteśmy w Edynburgu o trzeciej po południu, parkujemy w centrum,  Royal Mile - słynną ulicę w centrum miasta - postanawiamy zwiedzić później i od razu udajemy się w stronę zamku mieszczącego się na wysokim wzgórzu. Stoimy najpierw w długiej kolejce po bilet (tym razem też darmowy jako, że ten zabytek również należy do Historic Scotland) i powoli zaczynamy rozumieć gdzie są wszyscy turyści przyjeżdżający do Szkocji: są w Edinburgh Castle. Mimo, że to koniec dnia ciągle zjeżdżają tu autokary wyładowując masę ludzi żądnych zobaczenia najważniejszego dla Szkotów zabytku, który mieści najcenniejsze skarby szkockiej monarchii.  Nie ma tu żadnych znaków wskazujących kierunek zwiedzania, więc chodzimy sobie po naszemu. Przy wejściu stają kamienne postacie Williama Wallace'a i Roberta the Bruce'a, dwóch szkockich bohaterów. Wzdłuż murów znajdują się armaty; jedna z nich jest szczególnie warta uwagi: One O'Clock Gun, z której strzela się codziennie  o pierwszej po południu. My oczywiście jesteśmy za późno, więc trudno nam powiedzieć cokolwiek o tej dziś atrakcji turystycznej a kiedyś wyznacznikowi czasu dla wpływających do pobliskiego portu statku. Ale można kliknąć TU i zobaczyć jak to strzelanie wygląda w praktyce. Zaglądamy też razem do kaplicy Świętej Małgorzaty (Saint Margaret's Chapel), najstarszego budynku w Edynburgu, a potem Przemek zagląda do wielkiej armaty Mons Meg. No i na koniec idziemy zobaczyć Kamień Przeznaczenia (Stone of Destiny), koronę i berło szkockiej monarchii. Nie można tam robić zdjęć, a szkoda, bo pięknie. Historia szkockich regaliów jest długa i interesująca. Koronacja pierwszych królów odbywała się na świeżym powietrzu, najprawdopodobniej siedzieli oni na tzw. Kamieniu Przeznaczenia, który przedstawiał łączność pomiędzy monarchą, ziemią i ludem. Kamień został skradziony w 1296 przez króla Edwarda I i przechowywany w Katedrze w Westminsterze aż do 1996 roku. Korona powstała w IV wieku i według legendy posiada złoto z korony Roberta Bruce'a, a berło i miecz zostały ofiarowane w darze przez Papieża w czasie panowania James'a IV. W czasie inwazji Anglików skarby szkockiej monarchii zostały ukryte, najpierw w zamku Dunnotar, potem w kościele w Kinneff a po śmierci Cromwella regalia wróciły do zamku w Edynburgu. Kiedy z kolei Anglia i Szkocja zostały połączone w jedno państwo skarby zamknięto w jednej z sal  zamkowych i pozostały tam one przez ponad 100 lat. W 1818 szkocki pisarz Walter Scott otrzymał zgodę od króla na otwarcie komnaty, a najważniejsze skarby szkockiej monarchii zostały udostępnione do zwiedzania na zamku w Edynburgu.

Po zwiedzeniu zamku idziemy coś zjeść,  znowu przechodzimy szybko   Królewską Milą, zostawiając sobie na potem jej dokładne zwiedzanie, choć już teraz wiemy, że to nie będzie dzisiaj. Podjeżdżamy do Holyrood Park, znajdującego się jedynie kilkaset metrów od centrum miasta. To rozległy park, w którym chętnie spędzają wolne chwile mieszkańcy miasta,  a turyści przyjeżdżają tu żeby zobaczyć Palace of Holyroodhouse, oficjalną rezydencją królowej, a ci bardziej wprawieni aby wyjść na najwyższy szczyt w parku tzw. Arthur's Seat. Spacerujemy po wzgórzach, podziwiając widoki (stąd naprawdę widać, ze zamek w Edynburgu został zbudowany na wysokiej skale); czasami podejścia są bardzo strome, innym razem łagodne. Na szczycie wieje bardzo dokuczliwy wiatr. Schodzimy zadowoleni, trochę zaprawieni przed prawdziwym wyjściem w góry. Potem jeszcze przez kilkanaście minut szukamy adresu naszego b&b, który zarezerwowaliśmy wcześniej przez Internet i kładziemy się spać obiecując sobie, ze jutro skoro świt ruszamy dalej.


DZIEŃ I             DZIEŃ II              DZIEŃ III              DZIEŃ IV              DZIEŃ V              DZIEŃ VI             DZIEŃ VII

 

 

Home | My | Galeria | Podróże | Mery | Przemek | Kontakt                        Mery i Przemek Gardynik © 2005